Ocena użytkowników: 4 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Niesamowity film. I oglądając go, dając się porwać obrazom, łakomie wsłuchując się w dialogi, oglądając sceny zwycięskich potyczek z ubowcami, ataków na posterunki policji, uwalniania więźniów, egzekucji komuchów, batalistyczne sekwencje, w których Zalewski uruchamia przestylizowaną choreografię śmierci z jej groteskowością i pięknem, to przecież zdumiony jestem moim łapczywym wchłanianiem tej opowieści, potężnym wzruszeniem, że oto sycę się historią tak prostą, bez jakichś intelektualnych protez, bez cudzysłowów, zabezpieczeń.

TEN FILM PO PROSTU MNIE POWALIŁ

Co się ze mną dzieje? W jakiś bardzo czuły punkt musiał uderzyć film, że z pokazu, na jakim nagle, wyrwany z codzienności, w samo południe znaleźliśmy się z Agnieszką: sami, we dwoje w dużej sali projekcyjnej dystrybutora Kino Świat, tam w tej dawnej księgarni Universitas przy ulicy Belwederskiej – fantastyczny ekran, dolby jak trzeba… Wróciłem oszołomiony i tę euforię dowiozłem do redakcji. No i wszedłem naprawdę nabuzowany, mówiąc: jest wydarzenie, panowie, jest numer, nie wiem, co tam wypisuje konkurencja i po co się dystansuje od „Historii Roja”, ale mnie Zalewa po prostu powalił. Mówię to i zatyka mnie, głos łamie mi się ze wzruszenia i zawstydzony tym, ale i szczęśliwy próbuję opowiedzieć o najmocniejszych scenach i klimacie filmu. Dziwne: tak odporny, czasem szyderczy nawet wobec tych wszystkich grup rekonstrukcyjnych, sceptyczny wobec tego prężenia się, napinania, jestem rozwalony filmem Zalewskiego. (...)

Co mnie tak wzięło? Te rozbijane komunistyczne więzienia? No owszem, pewnie każdy ma taka rodzinną historię. I w tyle głowy mam, że gdyby nie ucieczka z łap NKWD, a potem ukrywanie się na ziemiach zachodnich, nie poznałbym nigdy mojego gadatliwego, nadekspresywnego wujka Jasia, przypominającego Louisa de Funèsa i święta dzieciństwa wyglądałyby zupełnie inaczej. Ale nie tylko o te struny chodzi.

Zalewski ostentacyjnie tworzy kino wolnych Polaków. Swoją opowieść o „Roju” snuje bez dbania o nieprzekonanych, bez umieszczania w opowieści obowiązkowego dobrego komunisty, bez pochylania się nad duszyczkami sowieckich kolaborantów i prób usprawiedliwienia zdrady. Nie ma zamiaru negocjować prawdy, w scenerii Mazowsza, w realiach tuż powojennej polskiej biedy rozgrywa się opowieść o bohaterach. Raz ma ona posmak kina akcji, raz kina zaangażowanego, kiedy indziej ballady o niezłomnych.

Świetną robotę robi przecież i Michał Lorenc, gdy swymi kompozycjami narzuca scenom karkołomne, zdawałoby się czasem, interpretacje, Pozwala rozmiłować się i dostrzec sens w sekwencjach pozornie wyzbytych nadziei, estetyzuje i wywyższa klęskę, nasyca niebywałą energią momenty katastrofy, gdzie indziej wskazuje na duchowy wymiar ofiary. Nawet tej składanej na polu bitwy.

Tyle lat do nadrobienia, tyle kłamstw do odepchnięcia, wyparcia, tyle scen, tyle sloganów, fałszywych oskarżeń do odparowania, do wyparcia z naszych głów. Zalewski tworzy film, jakby mocował się z wielością rzeczy, które można i trzeba opowiedzieć o niezłomnych.

Czasem będzie to szloch nad młodziankami wydanymi na śmierć: sceny gry w piłkę, gdy półnadzy chłopcy celebrują własną młodość, a jednocześnie obejmowani są spojrzeniem śmierci, gdyż wyrok na nich dawno zapadł. Ale też radość braterstwa broni, wspólne bojowe akcje, szybkie zwycięstwa, piękno walki.

Odreagowanie poniżenia – ataki na posterunki milicji, krew schlapuje obiektyw, komuchy uciekają. Zwyciężamy.

Rozwalanie wrogów ojczyzny. Tak. Do końca. Dobijanie jeszcze ruszających się strzałem z pistoletu. W imieniu Niepodległej.

A w innych scenach – obrzydlistwo nowej władzy, sowieckiej swołoczy: degeneratów, gwałcicieli, pijaków. Zalążków nowej polskiej elity.

Jest „Historia Roja” polemiką z polską szkołą filmową. Ale polemiką szczególną. Unieważnieniem jej, pominięciem, zakryciem.

Chrystus wiszący głową w dół? Odwrócony krucyfiks? Jest, owszem, dzięki złudzeniu, gdy patrzymy na umierających od ran żołnierzy. Zbawiciel solidaryzuje się z nim, współcierpi, a może po prostu tkwi w rytuale, ale nie ma żadnych prób opowieści o świecie bez Boga, żadnego podważania kanonu wartości.

W miejsce impulsywnego młodzieńca w amerykańskiej kurtce wojskowej, manipulowanego rzekomo przez starszych – chłopak urodzie delikatnej, dziewczęcej nieledwie, starający się rzadkim zarostem przydać męskości (Krzysztof Zalewski-Brejdygant), chłopak, chłopaczek, który doskonale wie, że nie ma dla niego miejsca w nowej rzeczywistości. Walczy. Próbuje swoimi wartościami, swoim patriotyzmem dzielić się z lokalną społecznością: oglądamy go, jak wchodzi z umundurowanym oddziałem do kościoła w czasie niedzielnej mszy i wygłasza mowę o bolszewickim antychryście i wolnej Polsce. Nerwowo odliczamy czas, gdy w innej scenie, trzymając na celowniku wyciągniętych z pociągu Sowietów i ich wspólników, nie może sobie odpuścić i przed egzekucją opowiada pasażerom o haniebnych sądowych wyrokach.

Próżno szukać w filmie Zalewskiego toksycznych wpływów szkoły polskiej, bohaterstwo jest bohaterstwem, nie przykrywa się tego ironią i groteską, nie unieważnia. Jakby w uszach reżysera brzmiał skandowany okrzyk: „Cześć i chwała bohaterom!” Tu nie ma miejsca na podśmiewywanie się, tu nie ma miejsca na ten rechot niewolników, kwestionujących samych siebie, nie ma miejsca na moralne szarości, którymi nasycali polskie kino wojenne i opowieści o pokoleniu AK koncesjonowani twórcy. Ja wiem, jakoś trzeba było żyć pod okupacją, jakieś usprawiedliwienia, jakieś sposoby opowiedzenia o własnym zniewoleniu trzeba był wypracować, ale przecież od 1989 r. minęło już 27 lat!

I nagle widzimy film stworzony przez człowieka wolnego. Człowieka, który nie wstydzi się prostych uczuć, który nie tylko nie chce w imieniu poległych, zamordowanych i zakatowanych wybaczać, bo i nie ma zamiaru pertraktować z obozem zdrady narodowej: „Śmieć wrogom Ojczyzny!”

Wątpliwości związane z pozostawaniem w lesie i dalszym prowadzeniem walki? Owszem, są i pokazuje je Jerzy Zalewski bez znieczulenia. Kapitalny rozedrgany „Młot” (Mariusz Bonaszewski), przekrzywionym jakby nie był w stanie udźwignąć bagażu odpowiedzialności, wewnętrznie skręcony, namawia w leśnym okopie-ziemiance żołnierzy z podległych oddziałów, by skorzystali z ogłoszonej przez komunę amnestii i ujawnili się. Mówi o alternatywie: piękna śmierć w lesie albo długie trwanie w więzieniu, skąd jednak kiedyś się wychodzi. Odpowiada mu „Las” stojący jakoś tak dziwnie ukosem, mało sensownie, tyłem do oddziału i niczym kruk na gałęzi kracząc: zdrada, zdrada, zdrada.

Przestylizowany obraz? Tak, bo film Zalewskiego rozgrywa się w przestrzeni polskiego mitu, na wielkiej scenie teatru narodowej wyobraźni i nie tylko sekwencje wizyjne, śnione w malignie przez ciężko rannego „Roja”, przenoszą nas w dziedzinę fantasmagorii.

Są marzeniem o zwycięskiej armii podziemnej też poszczególne sekwencje: żołnierz podjeżdżający na koniu do jeepa wiozącego dwóch komuchów i wykańczający ich szablą i pistoletem. Przecież to także zemsta na Wajdzie i jego kolegach. Za „Lotną”, za „Popiół i diament”.

Inna scena. Niema, wstrząsająca. Krótki sąd nad komunistycznym agitatorem-oprawcą i wyrok wpośród tchnącej jakimś mistycyzmem mazowieckiej równiny pod figurą Matki Boskiej. Rozpaczliwa modlitwa komunistycznego agitatora, który przed momentem, pyszałek, opowiadał chłopom, jakie to wspaniałe rzeczy nowa władza zrobi w zarekwirowanych kościołach.

HERBERT HOLBEIN

Zalewski się spieszy. Ma do odtworzeniu całe zbiorowe imaginarium zachwaszczone przez komunistów i ich poputczików. Musi na nowo pokazać, jak było, musi po kilkudziesięciu latach kłamstw sprawić, by jego obrazy wryły się nam w świadomość, byśmy odzyskali naszych żołnierzy.

Ideowe spory? Nie z komunistami. Ci są po prostu najeźdźcami, judaszami, zdrajcami. Syn – do ojca komunisty, pijaka i degenerata, który go pojmał – mówi, by go zabił, bo on tak właśnie by z nim uczynił.

Chłopcy przekonywani przez sceptycznego dowódcę, który – przed odebraniem od nich przysięgi – bada ich determinację, by pomyśleli o szkole, o karierze, otóż spiskowcy ci zgromadzeni gdzieś w parafialnej zakrystii, opowiadają już, jak UB potraktowała ich szkołę, zabijając „pana od geografii”… Oczywiście mogłoby być po herbertowsku: „pana od przyrody”, ale przecież Herbert jest obecny w opowieści Zalewskiego: „Niech nie opuszcza cię twoja siostra Pogarda dla szpiclów katów tchórzy”…

I Zalewskiego nie opuszcza.

Kapitalna, jedna z najważniejszych dla przesłania filmu, mieszkającą w jakiejś oficynie swego pałacu, wygnaną przez nową władzę. Ciężko ranny „Rój” odzyskuje przytomność, a arystokratka (Dominika Ostałowska) daje mu radę godną hrabiego Henryka z „Nie-Boskiej komedii”. Aby wyzbył się wątpliwości, by zaufał temu, na co ślubował.

Mocny dialog:

Hrabina (uspokajająco): - Wiem, kim jesteś… - wyrzutem sumienia.

„Rój” – Mam dosyć swoich własnych.

Hrabina: - Jeżeli zaczniesz roztrząsać racje swojego postępowania – przegrałeś. „Bóg Honor Ojczyzna” dają siłę tylko wtedy, jeśli nie podważamy sensu tych pojęć…

Żołnierze walczą więc do końca. I choć Zalewski wespół z Lorencem przygotowuje widza – poprzez wiele westernowych smaczków – na unieważniające śmierć zakończenie à la „Butch Cassidy i Sundance Kid”, to przedłuża film, pomijając jakby, przechodząc poza scenę końca „Roja”, by powiedzieć coś istotniejszego.

Oto matka (wstrząsająca Magdalena Kuta) sprowadzona przez ubeków stoi nad ciałem syna ustylizowanego na martwego Chrystusa Holbeina, a więc obraz, który zdaniem Dostojewskiego może pozbawić wiary. Stoi matka, matka Polka, odarta z nadziei, i odejmując sobie nawet możliwość utulenia zwłok syna, zatopienia się w żalu, utworzenia jakiejś mazowieckiej piety, wypowiada do tych ubeków, tych skurwysynów, morderców ona – twarda, nieugięta, słowa: „To nie jest mój syn. Nigdy go nie znajdziecie.

Niesamowity ten Zalewski. Kręci film w imieniu niezłomnych, poświęca się opowieści, która przez tyle lat – przez lat 70! – nie miała szansy zaistnieć w polskiej mitycznej przestrzeni. Ustawia kadry, by przykryły natrętne obrazki szkoły polskiej, ogrywa młodzików z ryngrafami na sercu, z naszywkami: Śmierć wrogom Ojczyzny”, by wyparli oni legion skłamanych postaci – tych wszystkich dobrych komunistów, tych rozłamanych wewnętrznie młodzieńców godzących się z prawami historii, tego ludu rzekomo śniącego rewolucję.

I jest w filmie Zalewskiego też nuta pokoleniowa. Znać doświadczenie stanu wojennego i zgniłego kompromisu III RP.

Późna rozmowa w jakimś inteligenckim mieszkaniu, gdy przy płynącej cicho z radia któregoś z ustawionych meczów, gdy znów zwyciężają Sowieci, niecierpliwy, wciąż młodzieńczy „Rój” pyta starszego oficera:

- Kiedy tu będzie normalne?

- Normalnie, to znaczy jak?

- Że zwyciężać będą lepsi.

I już nie wiemy, czy „Rój” pyta o swój czas, czy o czas nasz,

Film zatyka mnie. Od pierwszych scen.

SZTUCZKA Z EMOCJAMI?

Wiem: długo trwała produkcja, z problemami, Jerzy Zalewski jeździł po Polsce, pokazywał niedopracowane wersje, wchodził w dziwne konflikty, widać to na ekranie, ale mnie jakoś nie chce się do tego wracać, jakoś kompletnie biorę to w nawias. I zaskoczony własnym wzruszeniem, naprawdę nie mam w tej chwili ochoty na kombinowanie, jak ten film zrozumie młode pokolenie, czy widz zachodni pojmie cokolwiek. Mam to gdzieś. Bo traktuję ten film jako obraz dla mnie, dla Agnieszki.

Może to prosta sztuczka z naszymi emocjami? Pokazać w technikolorze coś, co nie miało szans na istnienie w wysokobudżetowych produkcjach? Pozwolić, by przeszli przed nami pozdrowieni, pożegnani łzami bohaterowie sprzed lat?

Ciekawe, jak długo będzie można sycić się tym, skoro zewsząd finansowani przez państwo nadciągają tabunami żołnierze niezłomni, skoro niebawem może stać się to przegadanym banałem i sposobem na skręcenie kaski? Nie wiem.

Na razie chcę pod powiekami nieść obrazy z ekranu, obrazy, na które czekaliśmy od tylu lat, karmieni po drodze przez Wajdę kolejnymi odsłonami kompromisowych historii: rozmytym „Katyniem”, pokrętnym „Pierścionkiem z orłem w koronie”. A tu film, który ma być odpowiedzią na tę całą zakłamaną opowieść, jaka sączyła się z polskich ekranów przez tyle lat. Zakłamaną opowieść o groteskowym wymiarze dziejów, o konieczności wielkiego kompromisu, o śmieszności buntu wobec wielkich praw Historii. A tu przeciw tej Historii z jej niezachwianymi rzekomo prawami – „Historia Roja” – kino wolnych Polaków.

 

 Źródło: Do Rzeczy nr 9/160 29.02-06.03

/* */